Poniżej bicie Wiecznogłębi pulsowało w sercu tajemnicy, na dolnym biegunie istnienia, w bezustannej, czarnej jak sen obecności. Pewnego dnia, być może wkrótce, dołączy do tajemnicy, runąwszy z nieba, z pękniętą torbą, z jednej warstwy gorąca do drugiej, układając ostatnie życiowe równania pośród dróżek z mgły i kryształu, bez pieśni, dostrzegając w końcu cuda tam, w dole, wiedziała to, tak jak wszyscy z nich wiedzieli, tam, w strefie pieśni, która była pamięcią i małżeństwem umysłów, wiedzieli, i nie była zdolna uniknąć, tam, w ławicach życia, poruszając się w bezczasowej teraźniejszości. A ostatnio były pewne bóle... Rick przybył do stacji na Tytanie, obcym Ziemi pryszczu zwróconym twarzą poprzez morze ciemności ku starodawnemu królowi w żółci, Saturnowi, aby ujrzeć tam narzędzia swojego fachu w jeszcze jednym pomieszczeniu. Rick, inżynier górnictwa z wąską specjalizacją, bardziej nawet matematyk niż fachowiec od technologii, rzadko patrzył przez ekrany widokowe stacji na samą planetę, woląc wyraźniejszy obraz, dokładne przedstawienie masy i budowy tego gigantycznego ciała widoczne w sekcji instrumentów monitorujących, za którą był odpowiedzialny. Wiedział, na przykład, że cięższe pierwiastki planety - przede wszystkim żelazo i krzem - skupiały się w jej małym jądrze, razem z większością wody, metanu i amoniaku, które wysokie ciśnienie i temperatura utrzymywały w postaci bardzo gęstych cieczy.