Żywe organizmy przystosowują się wciąż do kaprysów naszej kultury technicznej. Ale cóż takiego ma się rozwinąć na gazowym gigancie albo na jałowej skale, na co powinniśmy zważać? Nie wiem i takie rzeczy mnie martwią. Przez większą część życia tworzyłem scenariusze. Pisałem je jeszcze wtedy, kiedy uważano to jedynie za sny na jawie - i to także, jak mi się zdaje, jest bardzo szczególną częścią tego ewolucyjnego procesu. Jako ktoś, kto przez całe życie jest członkiem Narodowego Stowarzyszenia Przestrzeni Kosmicznej, popieram badanie kosmosu i rozważne wykorzystywanie zasobów Układu Słonecznego. Chytrość nakazuje mi też brać pod uwagę czynnik Carson: musimy unikać eksterminacji jakichkolwiek pozaziemskich form życia, od najmniejszego wirusa do jakiejś przechłodzonej masy z Plutona, i to nie tylko ze względu na ich dobro, ale również ze względu na bogactwo zawartego w nich materiału genetycznego, który ewoluował niewątpliwie przez długie wieki, nabywając unikatowych umiejętności pozwalających mu radzić sobie ze swoimi problemami i - rozwijając tę myśl - także z naszymi. Jako że nie jesteśmy jeszcze dość mądrzy, by prawidłowo zarządzać własną planetą, szczególnie cieszy mnie to, iż owe przedsięwzięcia na dużą skalę leżą daleko za horyzontem.