Jaki to miało wpływ na miejscowe zwierzęta i owady, nie wiem. Wychowywałem się jednak w cieniu kryzysu i pamiętam racjonowanie z czasów drugiej wojny światowej. Dorastałem w poczuciu, że marnowanie jedzenia jest niemal grzechem. Wyrzucam wszystkie resztki do arroyo, aby włączyć je ponownie do łańcucha pokarmowego. Kruki krążą, jeśli są tam jakieś kości, wreszcie zniżają lot, by pochwycić strzępy mięsa. Później coś wyniesie kości. Skórki od chleba znikają szybko. Tak więc codziennie zmieniam świat wokół siebie na niezliczone sposoby. Te indywidualne zmiany to drobne sprawy, nie ma dla nich prawie miejsca na skali ukazującej przeobrażenia spowodowane przez przemysł czy przez projekty rządowe. A jednak suma wszystkich dokonywanych przez nas zmian, od wypalania lasów Amazonii, przez zapewnianie pastwisk dla bydła, które wypełnia nasze hamburgery, aż po rzucenie kilku okruchów miejscowym ptakom, wywołuje zjawisko zwane czasami czynnikiem Carson, które określił nazwiskiem Rachel Carson pisarz William Ashworth, aby wskazać na nieprzewidziane wtórne skutki pierwotnych zmian przeprowadzanych przez ludzi i mających wpływ na jakąś część naszej planety. A jednak - i to mimo wszystko - nie jestem osobą, która chciałaby się przekonać, że ten lub jakikolwiek inny świat jest zakonserwowany w lucycie z pożytkiem dla przyszłych planetarnych archeologów. Zmiana jest nieunikniona. Jej alternatywą jest śmierć. Ewolucja jest coraz bardziej wynikiem naszego działania czy też jego braku.